25 sie 2014

Przystanek pierwszy - Bangkok


Koh san road jest najpopularniejsza dzielnica backpackerska. Mozna smialo przyjezdac bez jakiejkolwiek rezerwacji noclegu bo hoteli, hosteli i guesthausow jest po prostu multum. Da sie cos znalezc na kazda kieszen. Nasz pokoik byl malutki, doslownie lozko, lampka i stoliczek ale za to czysty i z goracym prysznicem. Kosztowal nas ok. 60zl za dwie osoby za dobe. Ale uprzedzam, ze w tym rejonie miasta mozna zapomniec o spaniu do 3-4 w nocy, szczegolnie w weekend;).



Restauracji i barow rowniez daleko szukac nie trzeba zreszta jak i turystow- przez co ceny sa wszedzie pozawyzane. Przyznam, ze za kazdym razem jedzenie zamowione w lokalu naprawde mnie zawodzilo. Spodziewalam sie sprobowac tradycyjnej tajskiej kuchni jednak wiekszosc dan byla doprawiana pod katem przyjezdnych. Prawdziwe przysmaki za to znajduja sie w tzn. "Przyulicznych wozkach" - szczegolnie do gustu przypadl nam Padthai, sajgonki i smazone banany - sa o polowe tansze i odwierciedlaja moje wyobrazenie o egzotycznej azjatyckiej kuchni. Mmmm. Nie o w gebie :). Pelno rowniez staragnow ze swiezymi miejscowymi owocami oraz tajskimi mrozonymi herbatkami. Do wyboru do koloru.


W atrakcjach turystycznych nie ma zbytnio co przebierac. Warte odwiedzenia sa oczywiscie swiatynie oraz palac krolewski. Bangkok byl pierwszym azjatyckim miastem jakie w zyciu widzialam wiec jak maly chinczyk robilam zdjecie kazdej rzezbie i budynkowi w najdobrniejszy sposob przyozdobionemu motywami kulturowymi. Pozniej jednak przekonalam sie, ze swiatyni w Tajlandii tyle co u nas kosciolow ( jak nie wiecej ) i moj zapal powoli zaczal opadac. Pierwszy dzien uciekl nam jednak na zwiedzaniu kazdego po kolei "wat". Przemieszczalismy sie tuk tukiem. Dogadalismy sie z kierowca, ze za okreslona cene zabierze nas na przejazdzke po calym okreslonym teretorium miasta i cierpliwie poczeka na nas az nacykamy odpowiednia ilosc zdjec;).
Nie udalo nam sie niestety dotrzec na farme wezy - kierowca nie uprzedzil nas,ze w niedziele zamykaja o 1 - chociaz czytalismy, ze naprawde warto. Mozna zobaczyc jak jest pobierany ich jad oraz pokazuja male show z instruktazem jak sie zachowywac kiedy spotka sie dany gatunek.




Slynny night market - lepiej zabrac ze soba worek pieniedzy;). Tajlandia jest jednym z najlepszych krajow pod katem podrobek .. I nie tylko. Mozna tu kupic doslownie wszystko zaczynajac od torebek, zegarkow, butow, okularow etc. Smialo targujcie sie o ceny bo na samym starcie dodaja ok 30%. Najlepiej wyczuc gdzie jest punkt zatrzymania patrzac na mine sprzedawcy. Kiedy przestaje sie usmiechac i zartowac ...


Ogromna atrakcja bylo dla mnie China Town. Co prawda widzialam juz jedno w Londynie ale to nie ma w ogole porownania - nie tylko co do wielkosci. Spedzilismy tam nasz prawie caly trzeci dzien. Przemykajac uliczkami miedzy porozkladanymi straganami doslownie ze wszystkim czego dusza zapragnie, mozna wczuc sie idealnie w klimat otoczenia. Do tego gdzie niegdzie muzyka w tle. Wieczorem wzdluz glownej ulicy porozkladaly sie wozki i knajpki z jedzonkiem. Ich specjalnoscia sa szczegolnie owoce morze a ja nie moglam prosic o wiecej :).








Ping pong show i ulica czerwonych latarni. Mysle, ze to atrakcja turystyczna szczegolnie dla panow. Show nie trudno ominac bo przypomina o nim kazdy po kolei kierowca tuk tuka robiac przy tym charakterystyczny dzwiek. Bary z tajkami z pewnoscia przyciagaja tlumy backpakerowiczow ale radzilabym jednak uwazac bo na ulicach Bangkoku nie problem spotkac slynnych "ladyboy", trudno jest jednak ich czasami rozpoznac.


Przechadzajac sie centrum miasta warto spacerowac wzdluz kanalu. Podobno plywaja w nich krokodyle. My przygladalismy sie raz, niestety nie upolowalismy zadnego aligatora. Udalo nam sie za to spotkac jaszczurke wielkosci .... mnie :).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz